niedziela, 29 grudnia 2013

Quidditch

Spojrzałam na zegarek: 6:24, a ja, zamiast spać, odrabiam pracę domową dla Abbithyn. Tak to jest, jak się siedzi u Hagrida do północy, nie odrabiając wcześniej pracy domowej. Co prawda, Hagrid kilkakrotnie nas upominał, że powinniśmy wracać do zamku, ponieważ Filch już patroluje korytarze. Udało nam się jednak prześlizgnąć obok pani Norris, która niczego nie zauważyła. Być może to ze staroci, ale wydaje mi się, że gdyby po prostu kopnęła w kalendarz, toby ją Filch wypchał i nosił pod pachą.
 Doprawdy emocjonujący wieczór. Uśmiechnęłam się do siebie, zapisałam na pergaminie ostatnie zdanie i włożyłam go do podręcznika. Usadowiłam się wygodnie w fotelu przy kominku i zamknęłam oczy. Niespełna dwie minuty później usłyszałam straszliwy łomot, który zerwał mnie na równe nogi. Spojrzałam w stronę z której dobiegł mnie ten okropny hałas i ujrzałam... Schody do mojego dormitorium, zamienione w wielką, betonową ślizgawkę. Omiotłam ją spojrzeniem i moim oczom ukazał się nie kto inny jak Victor, szczerząc głupkowato zęby.
- Victor! Co ty u licha robisz? - krzyknęłam rozbawiona.
- Ach... Pamiętasz jak wczoraj po transmutacji polazłem do Abbithyn?
- Taak, ale co to ma z tym wspólnego?
- Słuchaj - oznajmił wstając - Rozmawialiśmy sobie o ostatnim zadaniu - tu prychnęłam - i po objaśnieniu mi wszystkiego, dodała, że mamy pospieszyć się na śniadanie, bo McGonagall ma nam coś ważnego do powiedzenia. Szczególnie dla Gryffindoru. Powiedziałem jej, że przyjdę do twojego dormitorium i cię obudzę, a ona na to: ''Nie możesz, bo jak spróbujesz wejść po schodach, to nie będzie za ciekawie" i zanim zapytałem dlaczego, opowiedziała, że za czasów, kiedy McGonagall uczyła transmutacji, zaczarowała te schody, aby żaden chłopak nie ważył się wejść do dormitorium i te zaklęcie niby jeszcze działa... Chciałem zobaczyć czy to prawda...
- No to kara! - uśmiechnęłam się również wstając i ruszając w kierunku Grubej Damy.
- Ej, gdzie idziesz?
- Do Abbithyn. Ktoś przecież musi odwrócić ten czar.
      Zbiegłam po marmurowych schodach i poleciałam wprost do gabinetu nauczycielki, mijając Filcha, patrzącego na mnie podejrzliwie. Zapukałam i chwilę później otworzyła mi sędziwa czarownica w siatce na włosach i kwiecistym szlafroku.
- Och, Evangelino! Co tu robisz o tej porze?
- Bo... Opowiadała pani Victorowi Wrightowi wczoraj o zaklęciu rzuconym przez McGonagall... Przepraszam... Profesor McGonagall i...
- Ach tak, nie musisz nic więcej mówić - przerwała z pokrętnym uśmieszkiem na twarzy.
 Machnęła różdżką i z wcześniejszego ubioru nic nie pozostało; Teraz miała na sobie czarną szatę, włosy ułożone w schludny kok i swoją nierozłączną tiarę.
  Ruszyłyśmy w kierunku portretu i weszłyśmy do pokoju wspólnego. Na szczęście żaden Gryfon nie zszedł na dół i nie ujrzał tego zadziwiającego widowiska. Abbithyn zrobiła kilka skomplikowanych ruchów różdżką i zjeżdżalnia odzyskała swoją dawną postać.
- No! Gotowe - zawołała - A teraz lepiej idźcie lepiej do Wielkiej Sali, bo zaraz wszyscy zaczną się schodzić.
      Deportowała się najwyraźniej do Wielkiej Sali, a my poszliśmy w jej ślady, tyle że tymi wszystkimi schodami i korytarzami.
    Zajęliśmy swoje miejsca i nałożyliśmy sobie smażonego bekonu. Chwilę później usłyszeliśmy stukanie łyżeczki Abbithyn w puchar. Wszyscy zamilkli.
- Witam was kochani, w piękny jesienny dzień! - zaczęła McGonagall -  Jak może wiecie Gryffindor ma dzisiaj sprawdziany do swojej drużyny quiddicha! - wszyscy Gryfoni spojrzeli po sobie - A będziecie, Gryfoni, zapisywać się teraz! - posłała różdżką kawałek pergaminu w kierunku naszego stołu.
- Evangelino! -Victor szturchnął mnie łokciem - Wpisz się!
    Zupełnie zapomniałam o sprawdzianach.
- No, ale wiesz... Ja chyba nie chcę!
- Nie wygłupiaj się, pisz!
- Nie, nie Victor!
- Och, i tak się wpiszesz - zanim zdążyłam zaprotestować po raz trzeci, Victor zręcznie podrobił mój podpis i posłał pergamin dalej.
- Nienawidzę cię, idioto! - syknęłam
- Jeszcze będziesz mi za to wdzięczna!
Po paru minutach, McGonagall znów zabrała głos:
- A więc, jak wiecie drużyna Gryffindoru będzie odbywać sprawdziany jako pierwsza... Dlatego będziemy gościć na nich ludzi związanych z tym sportem, które bardzo chciałyby zobaczyć, jak takie sprawdziany się odbywają.
      Coś zakręciło mi się w brzuchu. Jacyś ludzie związani z tym sportem, mają widzieć moje "wyczyny" na miotle?
- Mam na myśli... Drużynę Harpii z Holyhead! - obwieściła uradowana McGonagall.
  Teraz moje wnętrzności wykonały gwałtowne salto. Nawet nie usłyszałam krzyków i oklasków uczniów. Bo... Harpie to moja ukochana drużyna quidditcha. Jest taka cudowna, no nie, nie ma porównania, a ja, taka mała dziewczynka, która latała tylko dla zabawy w domowym ogródku, ma pokazać swoje "umiejętności" tak cudnej drużynie?
- Mam nadzieję, że zachowacie się przyzwoicie i nie będziecie odwalać jakichś dziwnych numerów - tu spojrzała na Michaela i jego przyjaciela, Jimmy'ego - No, to jedzcie dalej. Sprawdziany odbędą się o godzinie siedemnastej.

      Przez cały dzień myślałam tylko o quidditchu; kiedy się czegoś boisz, lub bardzo tego nie chcesz, czas ma okropny zwyczaj, płynięcia dwa razy szybciej. Spojrzałam na zegarek. Była za piętnaście siedemnasta. Chwyciłam  torbę, zaczęłam szukać pergaminu i piórnika, aby odrobić pracę domową, ale.. Podskoczyłam jak oparzona i krzyknęłam do Victora, że za piętnaście minut mam sprawdziany, po czym razem puściliśmy się pędem do schowka na miotły; wzięłam byle jaką miotłę z góry, to był Nimbus dwa tysiące jeden. Wbiegliśmy na stadion. Victor skierował się na trybuny, które były już zapełnione. Na boisku było kilkunastu Gryfonów z różnych klas, w tym Justin Shefley i Remigiusz Locks, kapitan, który wyglądał na bardzo rozradowanego. Pięć minut później ujrzałam siódemkę dziewczyn, prowadzone na stadion przez McGonagall. To muszą być Harpie.
Kiedy dotarły na boisko, powitał je entuzjastyczny ryk tłumu. Zasiadły w loży nauczycieli. Zaczęło się! Locks przyłożył sobie różdżkę do gardła, coś mruknął i jego głoś potoczył się głośnym echem, po stadionie:
- Witam wszystkich na tegorocznych sprawdzianach quidditcha! Niezmiernie cieszę się, iż możemy gościć tak ważne dla nas osoby w świecie quidditcha, Harpie z Holyhead! - przez trybuny przeszedł ryk tłumu. - Ja nazywam się Remigiusz Locks i jestem kapitanem drużyny Gryffindoru! Teraz oddam głos naszemu komentatorowi, Jimmy'emu Allenowi, który będzie czytał kolejno nazwiska osób, mających wylecieć na boisko!

Po dwóch godzinach Allen był już przy ostatniej "drużynie"
- Samantha Bynes, klasa piąta, lat piętnaście, na ścigającego! - podleciała rudowłosa, sympatycznie wyglądająca dziewczyna na Nimbusie dwa tysiące.
- Ian Green, lat trzynaście, klasa trzecia, na ścigającego!
- Ernie Taylor, lat czternaście, klasa czwarta, na pałkarza!
- Alicia Hyde, klasa szósta, lat szesnaście na pałkarza!
- Justin Shefley, klasa czwarta, lat czternaście na ścigającego!
- Evangelina Rover, klasa pierwsza, lat jedenaście, na szukającego! Jedyna pierwszoklasistka na tegorocznych sprawdzianach! Zobaczymy jak sobie poradzi! - rozległy się ciche pomruki zdziwienia. Podleciałam na miotle do góry i zauważyłam Justina, podnoszącego kciuki do góry. Czułam, że wszyscy mnie obserwują.
     Zaczęło się.
- Justin Shefley przejmuje kafla! Nic nowego, nasz stary, dobry ścigający! Na pewno się dostanie! - ryknął Jimmy Allen, przyjaciel Michaela, który jest komentatorem meczy od roku.
     Spojrzałam w stronę trybun; wydawało by się, że Harpie na mnie spoglądają. Nic dziwnego! Taka młoda dziewczyna, oho!
- I... WYPUŚCILI ZNICZA!! - po raz kolejny krzyknął Allen.
    Gwałtownie poderwałam miotłę do góry, wypatrując złotego znicza.
- Ev! - rzekł do mnie Justin - Podleć jeszcze wyżej!
    Tak więc, poszybowałam wyżej. Byłam już ponad pięćdziesiąt stóp nad ziemią, kiedy go zobaczyłam; malutka, złota plamka przy tyczkach. Poczułam jak wzbiera się we mnie adrenalina. Głęboko odetchnęłam i z nowym przypływem energii, poszybowałam do tyczek. To stało się w ułamku sekundy. Puściłam miotłę i wyciągnęłam rękę w stronę znicza.
   Złapałam go.
- JEEEST! EVANGELINA ROVER ZŁAPAŁA ZNICZA! ZŁAPAŁA GO NAJSZYBCIEJ!!! TO SIOSTRA MOJEGO PRZYJACIELA! - darł się Allen.
   Podleciał do mnie Locks.
- Ev, Justin miał rację! Jesteś niesamowita! - myślałam, że padnę trupem.
     Wylądowaliśmy. Chwilę później przybiegł Victor:
- O Boże! Kobieto! Jesteś najlepsza!!! To po prostu cudowne!...
    Ale już go nie słuchałam, bo właśnie na boisko wbiegły... Harpie!
- Wow! Evangelina, tak? Jestem kapitanem, Amber Grey. Wiedz, że w naszej drużynie, masz już zapewnione miejsce! Nie wierzę, że masz jedenaście lat! To, co zrobiłaś na boisku było absolutnie niesamowite! Ta zwinność, ta szybkość, to właśnie wymarzony gracz dla każdej drużyny! - wyciągnęła notes z godłem jej drużyny i pióro - Byłabym zachwycona, gdybyś mi się tu podpisała! Będziesz wielka!

                                                                     *

      Obudziłam się w skrzydle szpitalnym.
- No, nareszcie! - usłyszałam koło ucha głos pani Pomfrey.
- Co ja tu robię?! - krzyknęłam, zrywając się na nogi - Mam sprawdziany quidditcha!
- Leż Rover, leż - pani Pomfrey popchnęła mnie na łóżko.
- Ale ja mam!...
- Uspokój się kochaneczko, już po wszystkim. Zemdlałaś, pewnie na widok kapitana drużyny Harpii z Holyhead. Same kłopoty z tym quiddichem!
- Wcale nie, bo...
 Masz kilku gości - pokręciła z niesmakiem głową i otworzyła drzwi.
Do środka wpadło kilka osób: Victor i Justin, za nimi Michael oraz Jimmy z Locksem i Amber na czele.
- Nic ci nie jest? - zapytał przerażony Victor.
- Niee.
- Całe szczęście - uradowała się Amber Grey - To jak będzie z tym autografem? Podpiszesz mi się?
- Och, no dobrze - wyjąkałam.
     Amber podała mi pióro z notesem. Podpisałam, po czym wybuchnęłam:
- Amber, jesteś najcudowniejszym kapitanem drużyny! Jestem waszą największą fanką! Mam cały pokój oklejony waszymi plakatami!
- W to nie wątpię, Ev. Proszę, to tyle, ile mogłam dla ciebie zrobić. Dziewczyny musiały już wracać. Nie zdążyły się z tobą pożegnać, ja zostałam jeszcze na chwilę, aby ci to dać i pogratulować! - wyciągnęła z torby książkę o nich samych z własnoręcznymi dedykacjami. Uściskała mnie, wyznała, że ma nadzieję, iż kiedyś się spotkamy i zdeportowała się.
- DZIEWCZYNO JESTEŚ... NASZĄ SZUKAJĄCĄ - wyryczał Remigiusz.
- CO?! - teraz ja krzyknęłam.
- No tak! Świetnie, nie? Mówiłem ci, że się dostaniesz! Założyłem się z Michaelem o galeona, że ci się uda! - cieszył się Shefley.
    Chciałam zapytać skąd się znają, ale miałam inne sprawy na głowie. Właśnie zostałam szukającą Gryffindoru!
- Ostatnim, tak młodym szukającym był... - zaczął Justin - HARRY POTTER! - wszyscy ryknęli wspólnie.
- Ścigający to: Justin, Samantha Bynes, Melissa Coleman.
   Pałkarze to:  Alicia Hyde i Ernie Taylor.
   Obrońca to oczywiście Remigiusz, a ty jesteś szukającą! - rzekł szczęśliwy Victor.
WYPADAJCIE MI STĄD!  EVANGELINO, JEZELI JESTEŚ JUŻ ZDROWA, TO DO WIDZENIA! - wydarła się Poppy Pomfrey.

Zjedliśmy kolację i udaliśmy się do pokoju wspólnego. Usiedliśmy przy kominku i przez chwilę milczeliśmy, po czym wstałam i oznajmiłam:
- Idziemy do Hagrida, Victor! Nie usiedzę w miejscu dłużej niż dwie minuty! Chodź!
- A czy będziemy znów uciekać przed Filchem i panią Norris?
- Och, zamknij się!
    I razem przeleźliśmy przez dziurę pod portretem.
 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz