sobota, 30 listopada 2013
Wyjec.
-Co ty tu robisz, o tej porze?! -zapytałam.
-Ev, z kim jesteś w dormitorium? Ja z Alexem Grinnerstoudem, Hectorem Bonepearem, Lynem Stewartem i Colem Bringestainem.
-Arveną Minestrait, Lucy Acaire, Anastasią McStrench i Lianną Mistress. Ej... Czekałeś tu tylko po to, żeby się tego zapytać? -zdziwiłam się.
-Och, nie.. Tylko pomyślałem, że jak się pospieszymy, to będziemy mogli zwiedzić trochę Hogwartu przed śniadaniem.
Uznałam to za dobry pomysł, więc przeszliśmy przez dziurę w portrecie grubej damy i oddaliliśmy się korytarzem.
-Ale tu fajnie -zauważyłam.
-Taak, świetnie...-odpowiedział Victor rozmarzonym głosem -Hej, czy to nie sowiarnia?
-Rzeczywiście -przytaknęłam.
Weszliśmy do sowiarni i zamknęliśmy drzwi. Powitał nas zgodny huk sówek. Spacerowaliśmy rzędami pełnymi pierzastych ptaków. Nagle zauważyłam coś dziwnego; okno było otwarte. Zaciekawiło mnie kto chce wysłać list o tak wczesnej porze. Zwróciłam na to uwagę Victora i podeszliśmy do okna. Nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się przy nim Myrtha Parkinson.
-Och, a co wy tu robicie? -zapytała zmieszana: szybko jednak odzyskała swój opryskliwy ton i dodała:
-Więc jesteście w Gryffindorze? Najgorszy dom, jakie to smutne...A z tego co wiem, Rover, to wszyscy twoi krewni byli w Ravenclawie? Taki odrzutek?
w Vicotrze się zagotowało, chciał się rzucić na Myrthę, ale go powstrzymałam.
-Zostaw ją Victor, nie jest tego warta.
-Robię to tylko dla ciebie, Ev! -i wyszliśmy, pozostawiając Myrthę samą. Spojrzałąm na zegarek, dochodziła ósma.
-Vic, zejdźmy już na śniadanie, bo się spóźnimy!
-Która godzina?
-Zaraz ósma-odpowiedziałam.
Weszliśmy do wielkiej sali i usiedliśmy przy stole gryfonów. Nagle przypomniało mi się, że chciałam zapytać o coś Victora.
-Victor, dlaczego Myrtha ma na nazwisko Parkinson, a nie po ojcu?
-Chyba rozwiodła się z Malfoy'em, ta Pansy. To by wszystko wyjaśniało, nie? Zanużyłam łyżkę w swojej owsiance i spojrzałam na okno: w tej samej chwili do wielkiej sali wleciała chmara sów.
-Poczta! -krzyknęłam,wyciągając szyję i szukając śnieżnobiałego puchacz rodziców, Arnolda. Po dłuższej chwili go wypatrzyłam, wylądował w mojej owsiance. Z ulgą stwierdziłam, że koperta nie jest czerwona. To nie wyjec! Rozwinęłam pergamin i przeczytałam:
Droga Evangelino!
O wszystkim już wiemy,
ale nie martw się, Gryffindor jest bardzo dobrym domem.
Przemyśleliśmy to i doszliśmy do wniosku, iż ktoś wreszcie musi trafić gdzie indziej.
Nie martw się, jesteśmy dumni.
Mamy nadzieję, że podoba Ci się zamek Hogwart.
Kochający, Mama i Tata.
Uśmiechnęłam się i pokazałam list Victorowi, który uważnie go przeczytał i stwierdził, że miałam szczęście.
-Ja też dostałem list od rodziców, Ev. Napisali, że mają dobrego przyjaciela, właśnie z Gryffindoru.
Jest dobrze -uśmiechnął się.
Ze stołu krukonów zaczęły dobiegać nas dziwne odgłosy i okrzyki. Spojrzeliśmy w tamtą stronę i zobaczyliśmy Michael'a z czerwoną kopertą przed sobą.
-Mich, to wyjec, otwórz go, bo będziesz miał mały problem! -zawołał jego najlepszy przyjaciel, Jimmy Allen, którego dobrze znałam, bo często przyjeżdżał do nas na wakacje.
-Och, nie... zapomniałem... kociołek...och...nie...nie...-wyjąkał Michael.
-Otwórz to, Michael. Jimmy ma rację -krzyknęła jakaś nieznana mi krukonka.
-No...-ale nie dokończył, bo wyjec wybuchł.
Rozległ się ogłuszający huk i usłyszałam moją mamę wrzeszczącą:
-Michael'u Abermusie Roverze!
Zapomniałeś swojego kociołka, potrzebnego na lekcje eliksirów.
Pakowałeś się 3 godziny!
Mówiłam Ci coś na ten temat, synu!
Powinieneś cieszyć się, że nie dostarczymy Ci go osobiście, tylko wyślemy jutro Arnolda!
Jeśli jeszcze raz coś takiego się zdarzy, to opowiem Twoim kolegom, jak biegałeś cały goły po domu, w wieku 3 lat!
Kocham Cię, mama.
Michael cały czerwony, z niedowierzaniem utkwił swój wzrok w liście, który zamienił się w kupkę popiołu. Cała Wielka Sala wybuchnęła salwą śmiechu; Mój brat wyglądał jakby miał się zapaść pod ziemię. Z trudem stłumiłam śmiech, wpychając sobie pięść do buzi i podeszłam do stołu krukonów.
-I jak się czujesz, Mich? -nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem -Teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo kocham naszą mamę! Ty teraz pewnie też -odeszłam do mojego stołu, dalej się śmiejąc i usiadłam między Victorem i jakimś gryfonem z 4 klasy.
-Ev, po co ty go jeszcze stresujesz? Nie widać jaki chłopak zdołowany? -zapytał Victor, który także nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
-Słuchaj, on spakował ten kociołek, tylko jak się wyszedł z pokoju, to zabłądziłam i przez przypadek tam trafiłam. No, i... wiesz, chciałam zobaczyć, co ma w tym kufrze i jakoś tak wyjęłam ten kociołek i zapomniałam go spakować...i jak mi się przypomniało, że go położyłam za jego łóżkiem, to mu nie powiedziałam, bo zaciekawiło mnie czy mama serio wyśle tego wyjca...
-Evangelino, jesteś...-ale nie dokończył, bo profesor Abbithyn zaczęła rozdawać nam plany lekcji.
-Och, zobacz, mamy pierwsze zielarstwo! -zawołał Victor- Profesor NEVILLE LONGBOTTOM!
Ale mina mu zrzedła kiedy zauważył, że ze ślizgonami.
-No nic, przynajmniej poznamy tego, który zniszczył ostatniego horkruksa! -zauważyłam wesoło.
10 minut później byliśmy w drodze do cieplarni numer 2. Po drodze minęła nas grupka ślizgonów z Myrthą na czele, wygłaszających pod naszym adresem złośliwe uwagi. Z trudem powstrzymaliśmy się przed tym, żeby im nie odpowiedzieć. Victor otworzył drzwi i weszliśmy do pomieszczenia pełnego różnych roślin i dziwnych rzeczy. Byliśmy pierwsi. Usiedliśmy w pierwszej ławce, kiedy zauważyliśmy profesora Longbottoma.
-Pan profesor Neville Longbotom! Ojej! -wyrwało się Victorowi, zanim zdążył się ugryźć w język.
Longbottom odwrócił się i obdarzył nas promiennym uśmiechem.
-Tak, to ja. A wam jak na imię? -zapytał, wciąż się uśmiechając.
-Ja Evangelina Rover, a mój przyjaciel to Victor Wright.
- Jesteście czystej kwi? -zapytał, co bardzo nas zdziwiło.
-Och, nie...Moi rodzice byli wychowani przez mugoli...-odpowiedziałam zmieszana.
-A u mnie tata jest mugolem, a mama czarownicą, i nie widzę w tym nic złego! -wtrącił Victor, sam zdziwiony swoją śmiałością.
-Ależ kochani, nie, nie... Źle mnie zrozumieliście, ale to bardzo dobrze. Nie wytrzymałbym z jakimkolwiek, który podaje się za prawdziwego czarodzieja, tylko dlatego, że jest ''czystej krwi'.
Chciałam powiedzieć jeszcze, że jest dla nas bardzo ważnym czarodziejem, lecz do cieplarni weszli już ślizgoni i gryfoni. Zaczęła się lekcja.
-Witam was wszystkich w nowym roku szkolnym. Jestem profesor Neville Longbottom i będę, jak już zauważyliście, nauczał was zielarstwa. Na dzisiejszej lekcji opowiem wam trochę o tym, czego będziecie się uczyć w pierwszym semestrze...
Lekcja przebiegła świetnie. Prof. Longbottom nagrodził Gryffindor 20 punktami, bo Victor powiedział mu czym są Diabelskie Sidła.
-Przypominasz mi mnie- zaczął Longbottom- bo z tego co mi się wydaje, to ciągle pakujesz się w kłopoty, próbując ich uniknąć, a także pewną osobę z którą się przyjaźniłem ucząc się w Hogwarcie. Różniło was to, że tą osobą była dziewczyna. Niejaka Hermiona Granger, która zawsze wszystko wiedziała. -na dźwięk tego nazwiska Myrtha prychnęła -Och, Hermiona Weasley, przepraszam...Ciągle o tym zapominam.
Victor się zarumienił, co dziwnie kontrastowało z jego twarzą, a ja odważnie zapytałam, do kogo sama jestem podobna.
-Ty Evangelino? Moim zdaniem, to jesteś pomieszana z Fredem Weasleyem i Harrym Potterem, a powiedz, Michael Rover, to twój brat?
Ale nikt go nie słuchał, bo na dźwięk nazwiska Potter, w klasie rozległy się szepty i pomrukiwania.
-Pan dalej utrzymuje kontakty Harrym Potterem? -zapytałam, ignorując jego pytanie.
-Och, jasne. Pracuje jako auror w ministerstwie, myślę, że go kiedyś spotkasz... A twoi rodzice ci o nim nie wspominali? Przecież też są aurorami...
I właśnie pomimo świetnej lekcji, ta myśl dręczyła mnie do końca dnia. Rodzice są aurorami, na pewno znają Harry'ego Pottera, więc dlaczego nigdy nie wspominali o tym mi i Michael'owi?
piątek, 15 listopada 2013
Tiara Przydziału
-A co jak nie trafię do Ravenclawu? -zapytałam Victora.
-Trafisz, trafisz. Lepiej martw się o mnie -odpowiedział
-Myślę, że będzie dobrze. Nie przejmujmy się tym, co będzie to będzie.
-Ta, może i masz rację...Evangelino, uważąj!!!
W ostatniej chwili uniknęłam zderzenia z wielkimi drzwiami u wejścia do zamku.
Weszliśmy do ogromnego "holu" jeśli można to tak nazwać. U stóp schodów powitała nas siędziwa czarownica ze stołkiem na którym leżała Tiara Przydziału.
-Witam Was serdecznie w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Naywam się Atelda Abbithyn. Jestem nowym nauczycielem transmutacji i opiekunem Gryffindoru. Teraz zaprowadzę Was do Wielkiej Sali. Jakieś pytania?
Wszyscy byli cicho więc uznała, iż wszystko jasne. Poprowadziła nas do Wielkiej Sali w której ciągnęły się 4 stoły poszczególnych domów. Nagle rozległ się głos profesor Abbithyn:
- Są cztery domy, Gryffindor, Slytherin, Ravenclaw i Hufflepuff. One będą Wam zastępować dom, podczas pobytu tutaj. Każdemu z Was włożę teraz na głowę Tiarę Przydziału, ona przydzieli wszystkich do domów. Każdy przydzielony siada do stołu swojego domu. Zrozumiano? -rozległy się ciche pomruki potakiwania. - Bonepear Hector -blondwłosy chłopczyk usiadł na stołku, nałożono mu Tiarę na głowę i...
-Gryffindor! -krzyknęła Tiara. Rozległy się oklaski i krzyki, a Hector usiadł przy stole gryfonów. Później była Castlegrouten Amelia - Hufflepuff, Grinnerstoud Alex - Gryffindor. I tak dalej... Aż w końcu Tiara Przydziału doszła do "P". To mnie obudziło i zaczęłam się uspokajać i przygotowywać. Właśnie byłam w trakcie wmawiania sobie, że przecież Tiara rozważy moja decyzję, ale Abbithyn zawołała -Rover Evangelina.- uchwyciłam spojrzenie Micheal'a siedzącego przy stole krukonów. Pierwszy raz w życiu zauważyłam, że on się naprawdę czegoś obawia. Już miałam iść do Tiary, kiedy niespodziewanie Victor chwycił moją dłoń.
-Dasz radę Evangelino -powiedział.
A więc podeszłam do Abbithyn, usiadłam na stołku i nałożyła mi Tiarę na głowę. Czułam jak się zastanawia:
-Hmm, Evangelina Rover... tak, tak... Wszyscy jej krewni byli w Ravenclawie... może by tak pomieszać?...Hufflepuff?
-Nie, proszę, nie. Chcę do Ravenclawu, proszę!
- Do Ravenclawu? Nie, nie... Nie jesteś stworzona do Ravenclawu... Masz wyjątkowy dar...
-Co?
- Och, to co słyszałaś, nie do krukonów i koniec!
- Ale...
-GRYFFINDOR!
Oniemiała zeszłam ze stołka i z głupią miną podeszłam do stołu gryfonów. Wszyscy wiwatowali i krzyczeli, ale ja nie umiałam wydusić z siebie słowa. Co to znaczy "Nie jesteś stworzona do Ravenclawu, masz wyjątkowy dar"? Dlaczego Tiara tylko mnie z całej rodziny przydzieliła do Gryffindoru?
Omiotłam spojrzeniem stół krukonów.
Zauważyłam mojego brata gapiącego się w przestrzeń z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami. Podniosłam spojrzenie do magicznego sklepienia. Niebo było granatowe, takie spokojne...Ale..
Och! Przecież Abbithyn woła Victora! Szybko spojrzałam w jego stronę. Mój nowy przyjaciel, biały na twarzy usiadł na stołku. Miałam nadzieję, że przynajmniej on, trafi tam gdzie chce. Opiekunka mojego domu nałożyła mu na głowę Tiarę która otworzyła usta i zaczęła rozprawiać o czymś, co słyszał tylko Victor. Trwało to dosyć długo, aż w końcu Tiara Przydziału zawołała:
-Gryffindor!
Nie mogłam uwierzyć, że ja, tak i jak Victor trafiliśmy zupełnie gdzie indziej niż byśmy chcieli i to jeszcze do tego samego domu Gryffindoru. Victor usiadł koło mnie i przez chwilę tylko się na mnie gapił, a potem odrzekł:
-Ev, to szaleństwo. Czy ta tiara też z tobą gadała? Ona jest straszna, nie dała mi pomyśleć.
-Tak Victorze. U mnie było to samo. Powiedziała, że jedyna z całej rodziny, nie pasuję do Ravenu.
-Ale chyba powinniśmy się cieszyć, co? No, w końcu z Gryffindoru wyszli ludzie którzy zniszczyli Lorda Voldemorta... O, zobacz, przy stole dla nauczycieli siedzi jeden z nich! To prawda! Neville Longbottom uczy zielarstwa! Super, Evangelino musimy później do niego iść i z nim porozmawiać!
-Och, no tak. masz rację - uśmiechnęłam się. Właśnie w tej chwili do Wielkiej Sali wleciały duchy Gryffindoru, Hufflepuffu, Ravenclawu i Slytherinu. Rozpoczęliśmy z Prawie Bezgłowym Nickiem przyjemną konwersację, półki nie przerwała nam dyrektor.
-Witam Was wszystkich w nowym roku szkolnym! -powiedziała uradowana Mcgonagall. -Jestem bardzo szczęśliwa, iż mogę Was tu znowu powitać. No cóż...Po uczcie prefekci odprowadzą pierwszorocznych do swoich domów. Co tu więcej dodać... Jedzcie pijcie i bawcie się dobrze! -w tej samej chwili do naszego stołu podszedł Michael.
-Dyskutowałaś z Tiarą Przydziału? Evangelino, dlaczego nie siedzisz teraz przy stole krukonów? -zapytał z powagą.
-No nie. Znaczy tak. Znaczy nie, no trochę...Ale to ona powiedziała mi, że nie pasuję do Ravenclawu i, i, że... mam wyjątkowy dar - odpowiedziałam, przeciągając ostatnie zdanie. -Mich jakby był z kamienia, nie poruszył się i nic nie powiedział... Nale odezwał się Vic:
-Tak Michaelu. Jesteśmy w Gryffindorze. Twoja siostra powinna być w Ravenclawie, a ja w Hufflepuffie, ale tak nie jest. Musimy się z tym pogodzić. -Mich podskoczył jak oparzony, bąknął coś w rodzaju "Ach, no dobra" i wrócił do krukonów.
Zdążyliśmy już poznać połowę gryfonów, więc kiedy prefekci odprowadzali nas do domów szliśmy na przedzie z naszym. Abernethy'm Millan'em. Okazał się bardzo miłym człowiekiem, i opowiedział nam wiele o Hogwarcie. Kiedy doszliśmy do portretu grubej damy, powiedział, że hasło brzmi "Bombonierki Lesera" i weszliśmy do naszego pokoju wspólnego. Od razu rzuciło nam się w oczy wiele stolików i fotelów, oraz portretów na ścianach i kominek. Kiedy rozsiedliśmy się wygodni w fotelu Victor odezwał się:
-To ja zmieniłem zdanie. Gryffindor rządzi! Wiesz, Tiara Przydziału powiedziała mi, że jestem "stworzony do większych rzeczy" dlatego przydzieliła mnie do gryfonów. Teraz się cieszę -powiedział uradowany.
-Tak, ja też. Najwidoczniej pasujemy tutaj. Victorze, siedzimy tu, gdzie kiedyś trójka najlepszych przyjaciół, która jest teraz najważniejsza dla każdego czarodzieja, a mam na myśli Hermionę Granger, Rona Weasley'a i Harry'ego Pottera -odrzekłam z wielkim uśmiechem.
czwartek, 14 listopada 2013
Kings Cross
W przeddzień mojej podróży do Hogwartu, wiele się działo. Od rana wszędzie było nas pełno. Okazało się, że mój kociołek gdzieś zniknął. Szukaliśmy go wszyscy przez pół godziny, aż okazało się, że jest już spakowany! Mama oczywiście strasznie się zdenerwowała i oznajmiła, że już nie będzie się przejmować naszymi zgubionymi rzeczami, oraz jeśli czegoś zapomnimy, przyśle nam wyjątkowo okropnego wyjca. To nas zmobilizowało i do wieczora byliśmy już gotowi.
*
Dzisiaj mój wielki dzień! Właśnie dojechaliśmy na peron 9 i 3/4. Pełni spojrzeń wielu mugoli podeszliśmy do barierki.
-Ty pierwsza, Evangelino - Powiedział tata.
Całą siłą ruszyłam na barierkę i... byłam po drugiej stronie peronu. Nie czekając na resztę, ruszyłam w stronę pociągu. Nagle z tyłu dobiegły mnie dziwne wrzaski. Odwróciłam się i zdałam sobie sprawę, że jest to śmiech. Podeszłam bliżej, aby przyjrzeć się tej osobie. Kogoś mi przypominała... była podobna do pewnej ślizgonki za czasów bardzo dobrego dyrektora Hogwartu. Albusa Dumbledore'a. Przez chwilę się jej przypatrywałam, ale zaraz potem mnie olśniło. Ta dziewczyna to z pewnością Myrtha, młodsza córka Pansy Parkinson. Kiedy poznaliśmy George'a Weasley'a opowiadał nam, że Pansy ma taką córkę i ma tyle samo lat co ja. Wyglądała dokładnie jak jej matka;
ta sama twarz mopsa i wstrętny uśmieszek. Najgorsze było to, że jest na tym samym roku co ja... Och, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę, co ona robi! Obrzucała okropnymi wyzwiskami jakiegoś ciemnowłosego, ładnego chłopca najwyraźniej w moim wieku.
-Ej, Myrtha! Zostaw go w spokoju!
- O, a ty to kto? Co, kochasz go?! - zaniosła się śmiechem i dołączyła do grupki chłopców równie rozbawionych co ona.
Ciemnowłosy chłopiec spojrzał na mnie i szybko odszedł.
-Ev? EVANGELINO!! NA MIŁOŚĆ BOSKĄ GDZIE TY SIĘ SZWENDASZ?! ZA 5 MINUT ODJEŻDŻASZ NA CAŁY ROK I NAWET SIĘ NIE POŻEGNASZ!!! -dobiegł mnie głos mojej mamy. No tak. Nie poczekałam na nich. Nie kwapiło mi się do tulenia i tych czułości, ale ucałowałam ich w policzki i pobiegłam w stronę pociągu.
Znalazłam pierwszy lepszy wolny przedział i weszłam do środka. Wyciągnęłam magazyn "żonglera" i rozsiadłam się wygodnie. Zanim zaczęłam czytać pierwszy artykuł, drzwi mojego przedziału rozsunęły się. Ujrzałam w nich owego ładnego chłopca, którego parę minut temu uratowałam.
-Eee... Cześć... Mogę... czy mogę się dosiąść?
-Jasne! - Odpowiedziałam.
- Dzięki za to co zrobiłaś. Naprawdę. Nazywam się Victor Wright. - przedstawił się
- Nie ma za co, ta dziewczyna jest bardzo dziwna. A ja to Evangelina. Evangelina Rover.
- Och! Rover? Czy Twoi rodzice są aurorami? I chyba jesteśmy na tym samym roku, co?
-Racja i racja - uśmiechnęłam się.
- No więc... - zaczął - W jakim domu chciałabyś być?
- Marzę żeby być w - i urwałam, bo w okno zastukała dziobkiem płomykówka Michael'a. Lora.
Szybko otworzyłam szybę i wpuściłam sówkę, a ta rzuciła list na moje kolana i szybko wyleciała. Rozprostowałam kawałek wydartego pergaminu i przeczytałam na głos:
-"Kochana Evangelinko brat strasznie Ci powodzenia życzy. Traf to Ravenu!!! Nie no żart.
Najlepiej to bądź w Slytherinie!!!" - Ojej, nie da mi spokoju! Powiedziałam Victorowi.
- To teraz wiem, gdzie chcesz być. A chcesz wiedzieć gdzie ja? - Zapytał mnie uśmiechnięty Victor.
-Oczywiście - odpowiedziałam żywo.
- Strasznie chcę do Hufflepuffu! - wypalił.
- Świetnie. Mam nadzieję, że tam trafisz.
- Dzięki, a właściwie to co czytasz...czy to nie "Żongler"?
- A tak, to on. Chcesz ze mną poczytać?
- No jasne, że tak. - Usiadłam koło niego i pogrążyliśmy się w lekturze, co chwila śmiejąc się głośno.
-Co się tak drzecie? -zapytał z ciekawością Mich (dopiero teraz zauważyłam, że stoi w drzwiach naszego przedziału) - Przebierzcie się, bo zaraz Hogsmeade! - krzyknął i zatrzasnął drzwi.
Zrobiliśmy to co nam kazał i czekaliśmy na przystanek. Po pięciu minutach pociąg się zatrzymał. Zabrałam swego Żonglera i wyszliśmy z przedziału. Wszędzie był wielki tłok. Prześlizgnęliśmy się przy ścianie do schodów. (Myrtha niby przez przypadek nadepnęła na moją nogę) Kiedy wyszliśmy z pociągu naszym oczom ukazała się wielka sylwetka, siwiejąca broda i dobiegający z jej gardła krzyk "Pirszoroczni, do mnie!" Spojrzeliśmy w górę i naszym oczom ukazał się..
-Profesor Rubeus Hagrid!!! - krzyknęłam.
-Nu, jaki tam zaraz profesor. Wy dwójka, mówcie na mnie po prostu Hagrid! - uśmiechnął się- O
Wielkie Nieba! Czy to Pansy Parkinson? -zapytał wystraszony Hagrid.
- Och, nie, ale jej córka Myrtha. Dała mi już popalić. - odpowiedział Victor.
- Jak jej matka... - mruknął cicho Hagrid. - No nic, pirszoroczni, do łódek! - I wzkazał nam kilkanaście łódek do których mieliśmy wejść po czworo. Ja z Victorem, pewną dziewczyną o nazwisku Arvena Minestrait i chłopcem Lucas'em Limeal'em.
Kiedy już odbiliśmy się od brzegu, wyrwało mi się:
-To najpiękniejszy widok, jaki w życiu widziałam! -Victor tylko się uśmiechnął.
środa, 13 listopada 2013
Pokątna
Właśnie wyprawiamy się na ulicę pokątną po książki, kociołek i inne potrzebne rzeczy do nauki w Hogwarcie.
-Evangelino, ty pierwsza- tym razem odezwał się tata.
Wsypałam garść proszku do kominka i wstąpiłam w szmaragdowe płomienie.
-Ulica Pokątna- krzyknęłam i zaczęłam wirować przez kominki innych czarodziejów. Po jakiejś minucie wylądowałam z twarzą uwalaną popiołem na Pokątnej. Chwilę później z kominka wyszedł Michael, a po nim rodzice. Najpierw skierowaliśmy się do Esów i Floresów, gdzie Michael kłócił się, że jest na poziomie owutemów i wcale nie potrzebuje książek, co wcale nie jest prawdą.
-Witam szanowni państwo! Cóż za miłe spotkanie! Wybieracie szaty dla państwa córki? W tym roku mam szeroką gamę barw i krojów.
-Dzień dobry pani Malkin, na razie się porozglądamy! -zawołała wesoło mama.
Weszłam w głąb sklepu i zaczęłam wybierać między szatami i tiarami; było ich naprawdę mnóstwo. Od czarnych, poprzez turkusowe do słonecznożółtych. Potrzebowałam trzech czarnych szat roboczych i czarną, szpiczastą tiarę dzienną. Nagle tuż przy moim uchu usłyszałam głos pani Malkin:
-I co, kochaneczko, wybrałaś już szaty? Potrzebujesz czarnych prawda?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dopasowała mi tiarę i włożyła przez głowę szatę. Zaczęła przypinać rękawy kolorowymi szpilkami, po czym rzekła, nie pytając mnie o zdanie:
-Pani Rover, zapakować?
-Evangelina już wybrała? -zapytała mama.
-Pasuje jej jak ulał.
-A więc dobrze. I poproszę jeszcze o zapakowanie tych! -tu wskazała na nowe szaty Michaela.
-Czyli płaci pani, pani Rover 53 galeony.
Mama zapłaciła i wyszliśmy. Zastanawiałam się czy te szaty mi się podobają, kiedy z zamyślenia wyrwał mnie tata:
-Ev, idziemy pooglądać miotły. Wiesz, obiecaliśmy Michaelowi nową.
-Dobrze. Czy w takim razie mogę iść po różdżkę? Później do was dołączę!
-Jasne, to do zobaczenia! -wsypał mi do sakiewki galeony i oddalił się z resztą mojej rodziny.
-Siemka, nie widziałaś gdzieś tu może ''lukrowych szczurów'? To mój nowy produkt, zwiały mi ze sklepu...
Mój nowy produkt... produkt... sklep... spojrzałam na chłopaka i skojarzyłam fakty... George Weasley!
-O matko! George Weasley, jesteś idolem mojego brata, ale super i... ach, tak, szczury...Pobiegły w stronę Śmiertelnego Nokturnu!
-O, wielkie dzięki! -i już go nie było. Lekko zdziwiona, że stać go było tylko na te parę słów, ale także tym, że go spotkałam, weszłam do sklepu Ollivandera.
-Dzień dobry! -zawołałam. Zza regałów wyłonił się Ollivander.
-Witam panienkę, pewnie pani Rover? -po czym wymruczał do siebie zdanie, z którego zrozumiałam tylko te pare słów: Podobna, bardzo i rodziców.
-Ja po różdżkę -przypomniałam mu o swojej obecności.
-Ach tak, tak... Wypróbuj tą!
Machnęłam średniej długości różdżką i już wiedziałam, iż to ta właściwa. Ollivander też to zauważył, bo powiedział:
-Nie często się zdarza żeby różdżka odpowiadała już za pierwszym razem. Dąb, włókno smoczego serca, 9 i 3/4 cala. Zapakować?
-Tak, poproszę.
Więc płaci panienka 11 galeonów.
Zapłaciłam i wyszłam, ku mojemu zdumienie George z wielkim pudłem w rękach, stał tuż przy sklepie.
-O, jesteś. Szczury już złapane, muszę ci się jakoś odwdzięczyć, co? A tak w ogóle, jak się nazywasz?
-Nie, nie musisz... Evangelina Rover -uśmiechnęłam się.
- A właśnie, że muszę! Twoi rodzice to aurorzy, nie? Poza tym w twojej rodzince mam fana więc się przejdę razem z tobą! -wręczył mi pudło po czym dodał -Są tam gadżety z mojego sklepu.
-Wow, dzięki i tak, to aurorzy.
Na palcach weszliśmy do sklepu i odnaleźliśmy Michaela. George po cichu podszedł do mego brata, po czym krzyknął za jego plecami:
-AAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Michael podskoczył jak oparzony i powtórzył gest Georga, obrócił się i zamarł bez ruchu. Przybiliśmy sobie piątkę i zawyliśmy ze śmiechu.
-Ty...ty...jesteś...Geo...rge....We...we...asle....y...
-Och, no jasne, a co? Wyglądam na sklątkę tylnowybuchową? -zażartował.
-Mój Boże!!!!!! -ryknął na cały sklep, aż niektórzy czarodzieje się odwrócili i skarcili go spojrzeniem -Jesteś moim największym idolem, jesteś niesamowity!!!!
-Dzięki Michael, ty pewnie także jesteś świetny tak, jak twoja siostra! Wybaczcie, ale obowiązki wzywają. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy! Na razie! -podpisał Michaelowi kawałek pergaminu i oddalił się w kierunku swojego sklepu.
Przez całą drogę do domu, braciszek trąbił tylko o jednym, aż mama zaczęła po nim krzyczeć, a w domu, niesłusznie kazała mu, jak i mnie iść wiele wcześniej spać, tłumacząc się tym, że po jutrze czeka nas wielki dzień.
wtorek, 12 listopada 2013
Bohaterowie
Ma 11 lat, złotorude włosy i niebieskie oczy. Uwielbia wszelkie przygody i rysowanie. Posiada też bardzo denerwującego starszego 2 lata brata Michael'a. Jej rodzice Harold i Lisa są aurorami. Cała rodzina Ev, była w Ravenclawie, a jej mama powtarza, że gdyby trafiła do innego domu, okryłaby hańbą całą rodzinę. Właśnie w tym roku rozpoczyna naukę w Hogwarcie.
O VICTORZE WRIGHT'CIE:
Jest w wieku Evangeliny. Ciemnowłosy, bardzo ładny chłopak, o wręcz białej cerze. Jego rodzice nie przyjmują do wiadomości, że nie mógłby być w Hufflepuffie. Jest dosyć skryty i bardzo się wszystkim przejmuje. Próbuje się nie wychylać, co mu nie wychodzi, bo zawsze pakuje się w jakieś kłopoty.
O MICHAEL'U ROVERZE
Starszy brat Ev, jest w Ravenclawie. Na każdym kroku robi jej jakieś dowcipy. Jego prawdziwym, największym idolem, jest George Weasley. Nie może pochwalić się dobrymi ocenami. Przyjaźni się z Jimmy'm Allen'em, komentatorem meczów quidditcha. Sam gra na pozycji obrońcy w drużynie krukonów.
O MYRTHCIE PARKINSON
W tym roku dołączy do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Córka Pansy Parkinson i Dracona Malfoy'a. Jest wredna, nieznośna i wulgarna jak jej rodzice. Uwielbia wyżywać się na biednym Victorze. Ma zapewnione miejsce w domu Salazara Slytherina. Będzie prawdziwym utrapieniem dla pewnej dwójki przyjaciół.
TO NA TYLE, RESZTĘ BOHATERÓW POZNACIE W NOWYCH ROZDZIAŁACH.