Rano, idąc do Wielkiej Sali na śniadanie, znów złapałam się na myśleniu o Potterze; Dlaczego rodzice nigdy nie mówili, że go znają? Czy może się z nim pokłócili i nie chcą mieć z nim nic do czynienia? A może.... nie.... nie będę się tym tak zadręczać. Wczorajszego wieczoru, obiecałam sobie, iż zapytam ich o to w najbliższe dni, które spędzę w domu czyli w święta.
Przecisnęłam się obok zatłoczonego stołu ślizgonów i usiadłam obok Victora, który wertował swój egzemplarz Magicznych wzorów i napojów z miną wyrażającą głębokie skupienie...No tak... tylko Victor potrafi skupić się w takim hałasie.
Nalałam sobie owsianki i pogrążyłam się w rozmowie z siedzącym obok mnie chłopakiem z czwartej klasy, Justinem Shefleyem.
- Gram na pozycji ścigającego od roku.
- Wow! - aż krzyknęłam - Ale super! Ja wprost marzę żeby grać w składzie gryfonów! Ale wiesz... jestem z pierwszej klasy... Nie mogę...
- A właśnie, że możesz! - przerwał mi Shefley - Słuchaj, za tydzień w piątek wybiera się skład do drużyny, przyjdź, Ev! Kapitanem jest teraz rok starszy ode mnie Remigiusz Locks. To fajny koleś!
- Hmm... może masz rację? Mogę spróbować...
- Świetnie, więc do zobaczenia za tydzień na stadionie quidditcha!
Nagle usłyszałam znajomy głos, koło mojego ucha.
- Ev, spóźnimy się na eliksiry!
- Co ty mówisz, Victor?! Mamy jeszcze całe piętnaście minut!
- Chcesz się spóźnić? Jestem pewien, że dojście zajmie nam kwadrans!
- Ach tak? No dobra...
Kiedy tylko odeszliśmy od stołu gryfonów i znaleźliśmy się w korytarzu, oświetlonym przez słoneczne promienie, zaczęłam:
-Victorze, gadałam z takim Shefleyem z 4 klasy. On gra na pozycji ścigającego i powiedział, że mogę przyjść w piątek za tydzień na sprawdziany, wybierają skład do drużyny! Idziesz ze mną?
- Ale że chcesz być w drużynie Gryffindoru?
- No... tak, a ty? - Victor zbił mnie z tropu.
- Nie, Ev, quidditch jakoś mnie nie kręci...
-CO?!
- Przykro mi. Mogę iść z tobą na stadion, będę trzymał za ciebie kciuki.
- Ale dlaczego?! Jak to nie lubisz quidditcha? Przecież to jest tak cudowne i...
- Ev, to ten loch - przerwał mi Victor.
Weszliśmy do dość ciemnego pomieszczenia i zajęliśmy miejsca (tu kłóciłam się, że chcę być gdzieś daleko nauczyciela)
w ławce najbliżej biurka Slughorna, którego jeszcze nie było, choć dotarliśmy do klasy, jako ostatni.
- A widzisz, Vikuś? Mówiłam, że będziemy jeszcze czekać!
- Tak, tak Evangelino. Spójrz w prawo - oznajmił znudzonym tonem.
A na prawo, koło drzwi od lochu, zmaterializował się Horacy Slughorn. Victor natychmiast podniósł rękę i zapytał:
- Profesorze Slughorn! Z tego co wiem, a czytałem, przed przyjazdem tutaj, Historię Hogwartu, to nie wolno się tu aportować i deportować!
- Och, synu, ta książka napisana została wiele, wiele wieków temu... Wszystko zmieniło się po bitwie o Hogwart, kilkanaście lat temu! - tu się uśmiechnął i stanął za biurkiem. - Ale przejdźmy do lekcji... Witam was wszystkich w nowym roku szkolnym! Jak na każdej pierwszej lekcji, uwarzycie mi eliksir, a mianowicie Eliksir Bujnego Owłosienia. Ten, którego wywar będzie jak najbardziej podobny do właściwego, otrzyma buteleczkę Eliksiru Wielosokowego! Tylko uwaga: Używajcie go rozsądnie! Macie nań trzy godziny, recepturę na tablicy... Start!
Składniki:
Dwa Ciałki Płochliwe (pająki)
Korzenie Moczary Pospolitej.
Dyptam.
Kilka liści Toczkowca Czerwonego.
Sposób przygotowania:
Do ciepłej wody w kociołku, wrzucić pająki, oraz dyptam. Mieszać siedem razy, zgodnie ze wskazówkami zegara, oraz trzy razy odwrotnie. Gotować w stałej temperaturze przez pół godziny. Następnie dodać drobno posiekane korzenie moczary pospolitej i mieszać zawartość przez cztery minuty. Wrzucić liście toczkowca czerwonego i pozostawić eliksir na ogniu przez dwie godziny.
Przeczytałam przepis dwa razy i postawiłam kociołek nad ogniem, nalałam wody, spojrzałam na miejsce pracy Victora; wrzucił już pająki.
Z ociąganiem chwyciłam swoje i ze wstrętem opuściłam je do wrzącej wody. Następnie dodałam dyptam i pozostawiłam wywar na pół godziny. Nagle zauważyłam, że mój wywar jest brązowawy, a Victora błękitny. Och, czyli znowu zrobiłam coś źle...
- ACHHH!!! - wyrwał mnie z zamyślenia czyjś krzyk - Evangelinoilerazymieszałaśswójwywardlaczegojestbrązowy? - wyrzucił z siebie za jednym razem Victor.
- Siedem w tą, trzy w tą... tak jak jest na tablicy... Co znowu źle?
- Ja... n-nic... n-n-nie... nic-c...
Zdziwiona omiotłam spojrzeniem klasę, każdy miał w kociołku wywar innego koloru, a puchonowi Brianowi Bluereadsowi z kociołka, unosiły się bąbelki i silny zapach zgnilizny.
Zza biurka wyszedł Slughorn, podszedł do nas i powiedział:
- A panna, to?
- Evangelina Rover. - odparłam po raz kolejny zdziwiona; czemu ja, a nie Victor?
- Ach, tak... Rover... Rodzice aurorzy... Uczyłem ich... talent po nich...
Teraz to byłam już zaszokowana.
- No, Evangelino, zapraszam cię za tydzień we wtorek na pierwsze spotkanie w tym roku "Klubu Ślimaka". Rozpoczniemy o 19:00 w moim gabinecie. Mam nadzieję, że zaszczycisz nas swoją obecnością. - i odszedł. Victor wyglądał jakby ktoś cisnął w niego torbą wypełnioną tymi wszystkimi jego książkami. Miał tak zbolałą minę, że zrobiło mi się go żal. Spróbowałam obrócić wszystko w żart:
- No wiesz... pierwszy nauczyciel, którego nie będziesz pupilkiem... ale to dziwnie! - jednak mi nie wyszło. Victor tylko zacisnął wargi i zabrał się do dalszej pracy nad swoim eliksirem. Zrobiłam to samo.
"Następnie dodać drobno posiekane korzenie moczary pospolitej i mieszać zawartość przez cztery minuty..." - przeczytałam po raz kolejny...
Po dwóch godzinach, mój eliksir był już gotowy. Nieśmiało spojrzałam w stronę Victora; jego wywar był bladozielony i okropnie pachniał. Napotkałam jego spojrzenie i szybko przeniosłam wzrok na mój, który miał barwę kasztanową.
Chwilę później, Slughorn krzyknął "koniec czasu" i znowu zaczął się przechadzać między stolikami. Tym razem zaczął od ostatniego, przy którym siedzieli puchoni Blureads i Falarell. Wszyscy próbowali jeszcze coś dodać lub wymieszać, w tym także Victor, jednak na nic mu to wychodziło. Jeśli chodzi o mnie, to pozostawiłam eliksir bez zmian.
Po niedługim czasie Slughorn w końcu doszedł do naszego stolika. Najpierw rzucił okiem na eliksir Victora i skwitował to tylko rozbawionym, zmieszanym z ironią uśmieszkiem; Victor zrobił się jeszcze bledszy niż zawsze. Następnie profesor rozpłynął się nad moim eliksirem...
- Och, tak, cudowne! Idealne! Takiego talentu mi brakowało! Powiedz, ile razy mieszałaś eliksir, Evangelino?
- Siedem w stronę wskazówek zegara i trzy razy odwrotnie...
- Tak, właśnie! Dwadzieścia punktów dla Gryffindoru! Żałuję, że nie jesteś w Slytherinie! Eliksir Wielosokowy dla ciebie. Przyjdziesz na moje przyjęcie, prawda?
-Ach... tak, postaram się - wyjąkałam.
Sześć minut później rozległ się dzwonek. Victor wypadł z klasy i pomknął na opiekę nad magicznymi stworzeniami, nie zważając na moje krzyki i wołania żeby zaczekał.
Więc wyszłam samotnie na szkolne błonia, skąpane w blasku wrześniowego słońca.
Zaczęłam rozmyślać nad tym, dlaczego Victor jest zły na mnie, a nie na Slughorna... W końcu nie będę robiła wszystkiego, żeby tylko on miał najlepsze stopnie... Zaczęła we mnie narastać złość na Victora, ale nie mogłam myśleć nad tym dłużej i całe szczęście, bo już dotarłam do chatki Hagrida.
-No, witam was pirszoroczni, na pirszej lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami! Dzisiaj pokażę wam coś super, coś świtnego... - otworzył wielkie pudło - Podejdźcie bliżej, ni gryzą... Jeszcze ni gryzą...
Zbliżyłam się do pudła i krzyknęłam; znajdowały się w nim sklątki tylnowybuchowe! Kątem oka zauważyłam Victora, obdarzającego mnie ironicznym uśmieszkiem. Udałam, że tego nie widziałam.
- A winc, to są malutkie sklątki tylnowybuchowe... Prawda, że słodziutkie? - zapytał rozczulony Hagrid.
Po lekcji przywołał mnie do siebie:
- Evangelino, zechcecie z Victorem do mnie wstąpić dzisiaj o siedemnastej na herbatkę?
- O, tak! Chętnie Hagridzie, ale... Jestem z nim skłócona... Obraził się, że byłam od niego lepsza na eliksirach...
- Hmmm - zamyślił się Hagrid - W takim razie przyjdź sama. No, chyba, że się pogodzicie, dobra?
- Tak, tak... To do zobaczenia o siedemnastej!
Chwyciłam torbę i pobiegłam do Wielkiej Sali na obiad. Victor siedział z brzegu trajkocząc z jakąś dziewczyną... Oho! Już znalazł sobie nowych przyjaciół! Myśli, że będę zazdrosna? Też coś! Okrążyłam stół i usiadłam na samym końcu, obok chłopaka przypominającego profesora Longbottoma, który, jak się od niego samego dowiedziałam, nazywa się Oliver Henderson. Chodzi ze mną do klasy, a ja go nie zauważyłam... Dziwne... Zjadłam obiad, poczekałam na Olivera i razem ruszyliśmy na resztę lekcji.
Kolejną była transmutacja z Abbithyn.
Spojrzałam pogardliwie na Wrighta... (Tak, teraz będę mówić mu po nazwisku!) Tylko przygryzł wargę, nic nie powiedział.
Cztery godziny później, po wpadnięciu w schodek, który zawsze się załamuje, kiedy się na nim postawi nogę, stanęłam przed portretem grubej damy, którą odwiedziła jej przyjaciółka i rozprawiały żywo o czarodzieju z sąsiedniego portretu, chichocąc cicho.
- Bombonierki Lesera - powiedziałam... dama ani drgnęła...
- BOMBONIERKI LESERA - krzyknęłam.
- Och! Już dobrze, dobrze - powiedziała głośno gruba dama i wpuściła nas do środka.
Rozsiadłam się w moim ulubionym fotelu i zaczęłam odrabiać pracę domową z zielarstwa. Esej o niebezpiecznych diabelskich sidłach. Po chwili naprzeciw mnie usiadł Wright.
- Dzień dobry, Evangelino - rzekł.
- Witaj, Victorze - odpowiedziałam.
Już po chwili rozmawialiśmy wesoło o dzisiejszych lekcjach i sprawach, które miały miejsce, odrabiając pracę domową. Kiedy skończyliśmy esej dla Longbottoma powiedziałam mu o propozycji Hagrida:
- Słuchaj, Victorze, Hagrid zaproponował żebyśmy wpadli do niego o siedemnastej na herbatkę!
- Świetny pomysł!... A która jest? - spojrzał na zegarek - za pięć siedemnasta! - krzyknął.
Zerwaliśmy się z foteli pobiegliśmy do swoich dormitorium odłożyć książki i po minucie przeszliśmy przez portret damy, którą bardzo to zdenerwowało i nie szczędząc złości krzyknęła:
- TO, ŻE JESTEM DAMĄ NA PORTRECIE, NIE OZNACZA, ŻE BĘDĘ NA WASZE ROZKAZY!
- A właśnie, że będziesz! - powiedział cicho Victor i oboje się roześmialiśmy.
Zapukaliśmy do drzwi chatki Hagrida. Usłyszeliśmy ujadanie psa, Kła i głośne kroki; Hagrid otworzył drzwi.
Nalał nam herbaty do wielgaśnych mosiężnych kubków i postawił na stole swoje domowe ciasteczka.
- Twojego brata zaprosiłem tylko parę razy Ev. Straszliwie boi się Kła! Tak, mam pewną śmieszną historię związaną właśnie z nim. Opowiedzieć?
- Jasne! - odrzekliśmy zgodnie.
- A więc, rok temu, kiedy był w drugiej klasie, zaprosiłem go do siebie. Taki mam już zwyczaj. Zapraszam niektórych uczniów, ale tylko tych, którzy wydają mi się dosyć fajni - na jego twarzy wystąpił pokrętny uśmieszek - Dałem mu herbatki i moich ciasteczek. Michael połamał sobie na nich zęba i popłakał się, że nie chce iść do pani Pomfrey. Więc go tu, cholibka, zostawiłem. No i rozmawialiśmy sobie chwilkę, aż podszedł do niego Kieł. Chciał położyć swój łebek na jego stopach, ale Michael tak się wystraszył, że podskoczył, zrobił piruet w powietrzu i wrzasnął. Kiełek bardzo się wystraszył takigo zachowania, winc szarpnął Michaela za nogawkę od spodni. Twój braciszek Ev, został z rozdartymi spodniami. Poleciał do zamku i już go tu wincej ni widziałem!
Zaśmiewaliśmy się z Victorem, aż rozbolały nas brzuchy. Po kilku godzinach mój przyjaciel, spojrzał w końcu na zegarek. Dochodziła ósma! Podziękowaliśmy Hagridowi, za świetne popołudnie i polecieliśmy przez ciemniejące błonia do zamku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz