Obudziłam się o godzinie 7;00. Nie byłam śpiąca, więc ubrałam się i zeszłam do pokoju wspólnego. U stóp schodów do mojego dormitorium stał Victor.
-Co ty tu robisz, o tej porze?! -zapytałam.
-Ev, z kim jesteś w dormitorium? Ja z Alexem Grinnerstoudem, Hectorem Bonepearem, Lynem Stewartem i Colem Bringestainem.
-Arveną Minestrait, Lucy Acaire, Anastasią McStrench i Lianną Mistress. Ej... Czekałeś tu tylko po to, żeby się tego zapytać? -zdziwiłam się.
-Och, nie.. Tylko pomyślałem, że jak się pospieszymy, to będziemy mogli zwiedzić trochę Hogwartu przed śniadaniem.
Uznałam to za dobry pomysł, więc przeszliśmy przez dziurę w portrecie grubej damy i oddaliliśmy się korytarzem.
-Ale tu fajnie -zauważyłam.
-Taak, świetnie...-odpowiedział Victor rozmarzonym głosem -Hej, czy to nie sowiarnia?
-Rzeczywiście -przytaknęłam.
Weszliśmy do sowiarni i zamknęliśmy drzwi. Powitał nas zgodny huk sówek. Spacerowaliśmy rzędami pełnymi pierzastych ptaków. Nagle zauważyłam coś dziwnego; okno było otwarte. Zaciekawiło mnie kto chce wysłać list o tak wczesnej porze. Zwróciłam na to uwagę Victora i podeszliśmy do okna. Nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się przy nim Myrtha Parkinson.
-Och, a co wy tu robicie? -zapytała zmieszana: szybko jednak odzyskała swój opryskliwy ton i dodała:
-Więc jesteście w Gryffindorze? Najgorszy dom, jakie to smutne...A z tego co wiem, Rover, to wszyscy twoi krewni byli w Ravenclawie? Taki odrzutek?
w Vicotrze się zagotowało, chciał się rzucić na Myrthę, ale go powstrzymałam.
-Zostaw ją Victor, nie jest tego warta.
-Robię to tylko dla ciebie, Ev! -i wyszliśmy, pozostawiając Myrthę samą. Spojrzałąm na zegarek, dochodziła ósma.
-Vic, zejdźmy już na śniadanie, bo się spóźnimy!
-Która godzina?
-Zaraz ósma-odpowiedziałam.
Weszliśmy do wielkiej sali i usiedliśmy przy stole gryfonów. Nagle przypomniało mi się, że chciałam zapytać o coś Victora.
-Victor, dlaczego Myrtha ma na nazwisko Parkinson, a nie po ojcu?
-Chyba rozwiodła się z Malfoy'em, ta Pansy. To by wszystko wyjaśniało, nie? Zanużyłam łyżkę w swojej owsiance i spojrzałam na okno: w tej samej chwili do wielkiej sali wleciała chmara sów.
-Poczta! -krzyknęłam,wyciągając szyję i szukając śnieżnobiałego puchacz rodziców, Arnolda. Po dłuższej chwili go wypatrzyłam, wylądował w mojej owsiance. Z ulgą stwierdziłam, że koperta nie jest czerwona. To nie wyjec! Rozwinęłam pergamin i przeczytałam:
Droga Evangelino!
O wszystkim już wiemy,
ale nie martw się, Gryffindor jest bardzo dobrym domem.
Przemyśleliśmy to i doszliśmy do wniosku, iż ktoś wreszcie musi trafić gdzie indziej.
Nie martw się, jesteśmy dumni.
Mamy nadzieję, że podoba Ci się zamek Hogwart.
Kochający, Mama i Tata.
Uśmiechnęłam się i pokazałam list Victorowi, który uważnie go przeczytał i stwierdził, że miałam szczęście.
-Ja też dostałem list od rodziców, Ev. Napisali, że mają dobrego przyjaciela, właśnie z Gryffindoru.
Jest dobrze -uśmiechnął się.
Ze stołu krukonów zaczęły dobiegać nas dziwne odgłosy i okrzyki. Spojrzeliśmy w tamtą stronę i zobaczyliśmy Michael'a z czerwoną kopertą przed sobą.
-Mich, to wyjec, otwórz go, bo będziesz miał mały problem! -zawołał jego najlepszy przyjaciel, Jimmy Allen, którego dobrze znałam, bo często przyjeżdżał do nas na wakacje.
-Och, nie... zapomniałem... kociołek...och...nie...nie...-wyjąkał Michael.
-Otwórz to, Michael. Jimmy ma rację -krzyknęła jakaś nieznana mi krukonka.
-No...-ale nie dokończył, bo wyjec wybuchł.
Rozległ się ogłuszający huk i usłyszałam moją mamę wrzeszczącą:
-Michael'u Abermusie Roverze!
Zapomniałeś swojego kociołka, potrzebnego na lekcje eliksirów.
Pakowałeś się 3 godziny!
Mówiłam Ci coś na ten temat, synu!
Powinieneś cieszyć się, że nie dostarczymy Ci go osobiście, tylko wyślemy jutro Arnolda!
Jeśli jeszcze raz coś takiego się zdarzy, to opowiem Twoim kolegom, jak biegałeś cały goły po domu, w wieku 3 lat!
Kocham Cię, mama.
Michael cały czerwony, z niedowierzaniem utkwił swój wzrok w liście, który zamienił się w kupkę popiołu. Cała Wielka Sala wybuchnęła salwą śmiechu; Mój brat wyglądał jakby miał się zapaść pod ziemię. Z trudem stłumiłam śmiech, wpychając sobie pięść do buzi i podeszłam do stołu krukonów.
-I jak się czujesz, Mich? -nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem -Teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo kocham naszą mamę! Ty teraz pewnie też -odeszłam do mojego stołu, dalej się śmiejąc i usiadłam między Victorem i jakimś gryfonem z 4 klasy.
-Ev, po co ty go jeszcze stresujesz? Nie widać jaki chłopak zdołowany? -zapytał Victor, który także nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
-Słuchaj, on spakował ten kociołek, tylko jak się wyszedł z pokoju, to zabłądziłam i przez przypadek tam trafiłam. No, i... wiesz, chciałam zobaczyć, co ma w tym kufrze i jakoś tak wyjęłam ten kociołek i zapomniałam go spakować...i jak mi się przypomniało, że go położyłam za jego łóżkiem, to mu nie powiedziałam, bo zaciekawiło mnie czy mama serio wyśle tego wyjca...
-Evangelino, jesteś...-ale nie dokończył, bo profesor Abbithyn zaczęła rozdawać nam plany lekcji.
-Och, zobacz, mamy pierwsze zielarstwo! -zawołał Victor- Profesor NEVILLE LONGBOTTOM!
Ale mina mu zrzedła kiedy zauważył, że ze ślizgonami.
-No nic, przynajmniej poznamy tego, który zniszczył ostatniego horkruksa! -zauważyłam wesoło.
10 minut później byliśmy w drodze do cieplarni numer 2. Po drodze minęła nas grupka ślizgonów z Myrthą na czele, wygłaszających pod naszym adresem złośliwe uwagi. Z trudem powstrzymaliśmy się przed tym, żeby im nie odpowiedzieć. Victor otworzył drzwi i weszliśmy do pomieszczenia pełnego różnych roślin i dziwnych rzeczy. Byliśmy pierwsi. Usiedliśmy w pierwszej ławce, kiedy zauważyliśmy profesora Longbottoma.
-Pan profesor Neville Longbotom! Ojej! -wyrwało się Victorowi, zanim zdążył się ugryźć w język.
Longbottom odwrócił się i obdarzył nas promiennym uśmiechem.
-Tak, to ja. A wam jak na imię? -zapytał, wciąż się uśmiechając.
-Ja Evangelina Rover, a mój przyjaciel to Victor Wright.
- Jesteście czystej kwi? -zapytał, co bardzo nas zdziwiło.
-Och, nie...Moi rodzice byli wychowani przez mugoli...-odpowiedziałam zmieszana.
-A u mnie tata jest mugolem, a mama czarownicą, i nie widzę w tym nic złego! -wtrącił Victor, sam zdziwiony swoją śmiałością.
-Ależ kochani, nie, nie... Źle mnie zrozumieliście, ale to bardzo dobrze. Nie wytrzymałbym z jakimkolwiek, który podaje się za prawdziwego czarodzieja, tylko dlatego, że jest ''czystej krwi'.
Chciałam powiedzieć jeszcze, że jest dla nas bardzo ważnym czarodziejem, lecz do cieplarni weszli już ślizgoni i gryfoni. Zaczęła się lekcja.
-Witam was wszystkich w nowym roku szkolnym. Jestem profesor Neville Longbottom i będę, jak już zauważyliście, nauczał was zielarstwa. Na dzisiejszej lekcji opowiem wam trochę o tym, czego będziecie się uczyć w pierwszym semestrze...
Lekcja przebiegła świetnie. Prof. Longbottom nagrodził Gryffindor 20 punktami, bo Victor powiedział mu czym są Diabelskie Sidła.
-Przypominasz mi mnie- zaczął Longbottom- bo z tego co mi się wydaje, to ciągle pakujesz się w kłopoty, próbując ich uniknąć, a także pewną osobę z którą się przyjaźniłem ucząc się w Hogwarcie. Różniło was to, że tą osobą była dziewczyna. Niejaka Hermiona Granger, która zawsze wszystko wiedziała. -na dźwięk tego nazwiska Myrtha prychnęła -Och, Hermiona Weasley, przepraszam...Ciągle o tym zapominam.
Victor się zarumienił, co dziwnie kontrastowało z jego twarzą, a ja odważnie zapytałam, do kogo sama jestem podobna.
-Ty Evangelino? Moim zdaniem, to jesteś pomieszana z Fredem Weasleyem i Harrym Potterem, a powiedz, Michael Rover, to twój brat?
Ale nikt go nie słuchał, bo na dźwięk nazwiska Potter, w klasie rozległy się szepty i pomrukiwania.
-Pan dalej utrzymuje kontakty Harrym Potterem? -zapytałam, ignorując jego pytanie.
-Och, jasne. Pracuje jako auror w ministerstwie, myślę, że go kiedyś spotkasz... A twoi rodzice ci o nim nie wspominali? Przecież też są aurorami...
I właśnie pomimo świetnej lekcji, ta myśl dręczyła mnie do końca dnia. Rodzice są aurorami, na pewno znają Harry'ego Pottera, więc dlaczego nigdy nie wspominali o tym mi i Michael'owi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz