Właśnie wyprawiamy się na ulicę pokątną po książki, kociołek i inne potrzebne rzeczy do nauki w Hogwarcie.
-Evangelino, ty pierwsza- tym razem odezwał się tata.
Wsypałam garść proszku do kominka i wstąpiłam w szmaragdowe płomienie.
-Ulica Pokątna- krzyknęłam i zaczęłam wirować przez kominki innych czarodziejów. Po jakiejś minucie wylądowałam z twarzą uwalaną popiołem na Pokątnej. Chwilę później z kominka wyszedł Michael, a po nim rodzice. Najpierw skierowaliśmy się do Esów i Floresów, gdzie Michael kłócił się, że jest na poziomie owutemów i wcale nie potrzebuje książek, co wcale nie jest prawdą.
Następnie udaliśmy się po szaty do Madame Malkin gdzie od progu zawołała:
-Witam szanowni państwo! Cóż za miłe spotkanie! Wybieracie szaty dla państwa córki? W tym roku mam szeroką gamę barw i krojów.
-Dzień dobry pani Malkin, na razie się porozglądamy! -zawołała wesoło mama.
Weszłam w głąb sklepu i zaczęłam wybierać między szatami i tiarami; było ich naprawdę mnóstwo. Od czarnych, poprzez turkusowe do słonecznożółtych. Potrzebowałam trzech czarnych szat roboczych i czarną, szpiczastą tiarę dzienną. Nagle tuż przy moim uchu usłyszałam głos pani Malkin:
-I co, kochaneczko, wybrałaś już szaty? Potrzebujesz czarnych prawda?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dopasowała mi tiarę i włożyła przez głowę szatę. Zaczęła przypinać rękawy kolorowymi szpilkami, po czym rzekła, nie pytając mnie o zdanie:
-Pani Rover, zapakować?
-Evangelina już wybrała? -zapytała mama.
-Pasuje jej jak ulał.
-A więc dobrze. I poproszę jeszcze o zapakowanie tych! -tu wskazała na nowe szaty Michaela.
-Czyli płaci pani, pani Rover 53 galeony.
Mama zapłaciła i wyszliśmy. Zastanawiałam się czy te szaty mi się podobają, kiedy z zamyślenia wyrwał mnie tata:
-Ev, idziemy pooglądać miotły. Wiesz, obiecaliśmy Michaelowi nową.
-Dobrze. Czy w takim razie mogę iść po różdżkę? Później do was dołączę!
-Jasne, to do zobaczenia! -wsypał mi do sakiewki galeony i oddalił się z resztą mojej rodziny.
-Witam szanowni państwo! Cóż za miłe spotkanie! Wybieracie szaty dla państwa córki? W tym roku mam szeroką gamę barw i krojów.
-Dzień dobry pani Malkin, na razie się porozglądamy! -zawołała wesoło mama.
Weszłam w głąb sklepu i zaczęłam wybierać między szatami i tiarami; było ich naprawdę mnóstwo. Od czarnych, poprzez turkusowe do słonecznożółtych. Potrzebowałam trzech czarnych szat roboczych i czarną, szpiczastą tiarę dzienną. Nagle tuż przy moim uchu usłyszałam głos pani Malkin:
-I co, kochaneczko, wybrałaś już szaty? Potrzebujesz czarnych prawda?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, dopasowała mi tiarę i włożyła przez głowę szatę. Zaczęła przypinać rękawy kolorowymi szpilkami, po czym rzekła, nie pytając mnie o zdanie:
-Pani Rover, zapakować?
-Evangelina już wybrała? -zapytała mama.
-Pasuje jej jak ulał.
-A więc dobrze. I poproszę jeszcze o zapakowanie tych! -tu wskazała na nowe szaty Michaela.
-Czyli płaci pani, pani Rover 53 galeony.
Mama zapłaciła i wyszliśmy. Zastanawiałam się czy te szaty mi się podobają, kiedy z zamyślenia wyrwał mnie tata:
-Ev, idziemy pooglądać miotły. Wiesz, obiecaliśmy Michaelowi nową.
-Dobrze. Czy w takim razie mogę iść po różdżkę? Później do was dołączę!
-Jasne, to do zobaczenia! -wsypał mi do sakiewki galeony i oddalił się z resztą mojej rodziny.
Ruszyłam w przeciwną stronę.
Idąc do Ollivandera, natknęłam się na plagę dziwnych szczurów, które wyglądały jakby były z cukru. Biegły bardzo szybko, po czym się zatrzymywały i tak w kółko, ale nie miałam czasu żeby się nad tym zastanawiać, więc zwinnie je ominęłam i poszłam dalej. Nagle zatrzymał mnie jakiś facet;
-Siemka, nie widziałaś gdzieś tu może ''lukrowych szczurów'? To mój nowy produkt, zwiały mi ze sklepu...
Mój nowy produkt... produkt... sklep... spojrzałam na chłopaka i skojarzyłam fakty... George Weasley!
-O matko! George Weasley, jesteś idolem mojego brata, ale super i... ach, tak, szczury...Pobiegły w stronę Śmiertelnego Nokturnu!
-O, wielkie dzięki! -i już go nie było. Lekko zdziwiona, że stać go było tylko na te parę słów, ale także tym, że go spotkałam, weszłam do sklepu Ollivandera.
-Dzień dobry! -zawołałam. Zza regałów wyłonił się Ollivander.
-Witam panienkę, pewnie pani Rover? -po czym wymruczał do siebie zdanie, z którego zrozumiałam tylko te pare słów: Podobna, bardzo i rodziców.
-Ja po różdżkę -przypomniałam mu o swojej obecności.
-Ach tak, tak... Wypróbuj tą!
Machnęłam średniej długości różdżką i już wiedziałam, iż to ta właściwa. Ollivander też to zauważył, bo powiedział:
-Nie często się zdarza żeby różdżka odpowiadała już za pierwszym razem. Dąb, włókno smoczego serca, 9 i 3/4 cala. Zapakować?
-Tak, poproszę.
Więc płaci panienka 11 galeonów.
Zapłaciłam i wyszłam, ku mojemu zdumienie George z wielkim pudłem w rękach, stał tuż przy sklepie.
-O, jesteś. Szczury już złapane, muszę ci się jakoś odwdzięczyć, co? A tak w ogóle, jak się nazywasz?
-Nie, nie musisz... Evangelina Rover -uśmiechnęłam się.
- A właśnie, że muszę! Twoi rodzice to aurorzy, nie? Poza tym w twojej rodzince mam fana więc się przejdę razem z tobą! -wręczył mi pudło po czym dodał -Są tam gadżety z mojego sklepu.
-Wow, dzięki i tak, to aurorzy.
-Siemka, nie widziałaś gdzieś tu może ''lukrowych szczurów'? To mój nowy produkt, zwiały mi ze sklepu...
Mój nowy produkt... produkt... sklep... spojrzałam na chłopaka i skojarzyłam fakty... George Weasley!
-O matko! George Weasley, jesteś idolem mojego brata, ale super i... ach, tak, szczury...Pobiegły w stronę Śmiertelnego Nokturnu!
-O, wielkie dzięki! -i już go nie było. Lekko zdziwiona, że stać go było tylko na te parę słów, ale także tym, że go spotkałam, weszłam do sklepu Ollivandera.
-Dzień dobry! -zawołałam. Zza regałów wyłonił się Ollivander.
-Witam panienkę, pewnie pani Rover? -po czym wymruczał do siebie zdanie, z którego zrozumiałam tylko te pare słów: Podobna, bardzo i rodziców.
-Ja po różdżkę -przypomniałam mu o swojej obecności.
-Ach tak, tak... Wypróbuj tą!
Machnęłam średniej długości różdżką i już wiedziałam, iż to ta właściwa. Ollivander też to zauważył, bo powiedział:
-Nie często się zdarza żeby różdżka odpowiadała już za pierwszym razem. Dąb, włókno smoczego serca, 9 i 3/4 cala. Zapakować?
-Tak, poproszę.
Więc płaci panienka 11 galeonów.
Zapłaciłam i wyszłam, ku mojemu zdumienie George z wielkim pudłem w rękach, stał tuż przy sklepie.
-O, jesteś. Szczury już złapane, muszę ci się jakoś odwdzięczyć, co? A tak w ogóle, jak się nazywasz?
-Nie, nie musisz... Evangelina Rover -uśmiechnęłam się.
- A właśnie, że muszę! Twoi rodzice to aurorzy, nie? Poza tym w twojej rodzince mam fana więc się przejdę razem z tobą! -wręczył mi pudło po czym dodał -Są tam gadżety z mojego sklepu.
-Wow, dzięki i tak, to aurorzy.
Skierowaliśmy się w stronę sklepu, gawędząc wesoło.
George miał pewien plan.
Na palcach weszliśmy do sklepu i odnaleźliśmy Michaela. George po cichu podszedł do mego brata, po czym krzyknął za jego plecami:
-AAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Michael podskoczył jak oparzony i powtórzył gest Georga, obrócił się i zamarł bez ruchu. Przybiliśmy sobie piątkę i zawyliśmy ze śmiechu.
Na palcach weszliśmy do sklepu i odnaleźliśmy Michaela. George po cichu podszedł do mego brata, po czym krzyknął za jego plecami:
-AAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Michael podskoczył jak oparzony i powtórzył gest Georga, obrócił się i zamarł bez ruchu. Przybiliśmy sobie piątkę i zawyliśmy ze śmiechu.
Po jakiś dwóch minutach Michael wyjąkał:
-Ty...ty...jesteś...Geo...rge....We...we...asle....y...
-Och, no jasne, a co? Wyglądam na sklątkę tylnowybuchową? -zażartował.
-Mój Boże!!!!!! -ryknął na cały sklep, aż niektórzy czarodzieje się odwrócili i skarcili go spojrzeniem -Jesteś moim największym idolem, jesteś niesamowity!!!!
-Dzięki Michael, ty pewnie także jesteś świetny tak, jak twoja siostra! Wybaczcie, ale obowiązki wzywają. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy! Na razie! -podpisał Michaelowi kawałek pergaminu i oddalił się w kierunku swojego sklepu.
Przez całą drogę do domu, braciszek trąbił tylko o jednym, aż mama zaczęła po nim krzyczeć, a w domu, niesłusznie kazała mu, jak i mnie iść wiele wcześniej spać, tłumacząc się tym, że po jutrze czeka nas wielki dzień.
-Ty...ty...jesteś...Geo...rge....We...we...asle....y...
-Och, no jasne, a co? Wyglądam na sklątkę tylnowybuchową? -zażartował.
-Mój Boże!!!!!! -ryknął na cały sklep, aż niektórzy czarodzieje się odwrócili i skarcili go spojrzeniem -Jesteś moim największym idolem, jesteś niesamowity!!!!
-Dzięki Michael, ty pewnie także jesteś świetny tak, jak twoja siostra! Wybaczcie, ale obowiązki wzywają. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy! Na razie! -podpisał Michaelowi kawałek pergaminu i oddalił się w kierunku swojego sklepu.
Przez całą drogę do domu, braciszek trąbił tylko o jednym, aż mama zaczęła po nim krzyczeć, a w domu, niesłusznie kazała mu, jak i mnie iść wiele wcześniej spać, tłumacząc się tym, że po jutrze czeka nas wielki dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz