czwartek, 14 listopada 2013

Kings Cross

W przeddzień mojej podróży do Hogwartu, wiele się działo. Od rana wszędzie  było  nas pełno. Okazało się, że mój kociołek gdzieś zniknął. Szukaliśmy go wszyscy przez pół godziny, aż okazało się, że jest już spakowany! Mama oczywiście strasznie się zdenerwowała i oznajmiła, że już nie będzie się przejmować naszymi zgubionymi rzeczami, oraz jeśli czegoś zapomnimy, przyśle nam wyjątkowo okropnego wyjca. To nas zmobilizowało i do wieczora byliśmy już gotowi.

                        *
Dzisiaj mój wielki dzień! Właśnie dojechaliśmy na peron 9 i 3/4. Pełni spojrzeń wielu mugoli podeszliśmy do barierki.
-Ty pierwsza, Evangelino - Powiedział tata.
Całą siłą ruszyłam na barierkę i... byłam po drugiej stronie peronu. Nie czekając na resztę, ruszyłam w stronę pociągu. Nagle z tyłu dobiegły  mnie dziwne wrzaski. Odwróciłam się i zdałam sobie sprawę, że jest to śmiech. Podeszłam bliżej, aby przyjrzeć się tej osobie. Kogoś mi przypominała... była podobna do pewnej ślizgonki za czasów bardzo dobrego dyrektora Hogwartu. Albusa Dumbledore'a. Przez chwilę się jej przypatrywałam, ale zaraz potem mnie olśniło. Ta dziewczyna to z pewnością Myrtha, młodsza córka Pansy Parkinson. Kiedy poznaliśmy George'a Weasley'a opowiadał nam, że Pansy ma taką córkę i ma tyle samo lat co ja. Wyglądała dokładnie jak jej matka;
ta sama twarz mopsa i wstrętny uśmieszek. Najgorsze było to, że jest na tym samym roku co ja... Och, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę, co ona robi! Obrzucała okropnymi wyzwiskami jakiegoś ciemnowłosego, ładnego chłopca najwyraźniej w moim wieku.
-Ej, Myrtha! Zostaw go w spokoju!
- O, a ty to kto? Co, kochasz go?! - zaniosła się śmiechem i dołączyła do grupki chłopców równie rozbawionych co ona.
Ciemnowłosy chłopiec spojrzał na mnie i szybko odszedł.
-Ev? EVANGELINO!! NA MIŁOŚĆ BOSKĄ GDZIE TY SIĘ SZWENDASZ?! ZA 5 MINUT ODJEŻDŻASZ NA CAŁY ROK I NAWET SIĘ NIE POŻEGNASZ!!! -dobiegł mnie głos mojej mamy. No tak. Nie poczekałam na nich. Nie kwapiło mi się do tulenia i tych czułości, ale ucałowałam ich w policzki i pobiegłam w stronę pociągu.
Znalazłam pierwszy lepszy wolny przedział i weszłam do środka. Wyciągnęłam magazyn "żonglera" i rozsiadłam się wygodnie. Zanim zaczęłam czytać pierwszy artykuł, drzwi mojego przedziału rozsunęły się. Ujrzałam w nich owego ładnego chłopca, którego parę minut temu uratowałam.
-Eee... Cześć... Mogę... czy mogę się dosiąść?
-Jasne! - Odpowiedziałam.
- Dzięki za to co zrobiłaś. Naprawdę. Nazywam się Victor Wright. - przedstawił się
-  Nie ma za co, ta dziewczyna jest bardzo dziwna. A ja to Evangelina. Evangelina Rover.
- Och! Rover? Czy Twoi rodzice są aurorami? I chyba jesteśmy na tym samym roku, co?
-Racja i racja - uśmiechnęłam się.
- No więc... - zaczął - W jakim domu chciałabyś być?
- Marzę żeby być w - i urwałam, bo w okno zastukała dziobkiem płomykówka Michael'a. Lora.
Szybko otworzyłam szybę i wpuściłam sówkę, a ta rzuciła list na moje kolana i szybko wyleciała. Rozprostowałam kawałek wydartego pergaminu i przeczytałam na głos:
-"Kochana Evangelinko brat strasznie Ci powodzenia życzy. Traf to Ravenu!!! Nie no żart.
Najlepiej to bądź w Slytherinie!!!" - Ojej, nie da mi spokoju! Powiedziałam Victorowi.
- To teraz wiem, gdzie chcesz być. A chcesz wiedzieć gdzie ja? -  Zapytał mnie uśmiechnięty Victor.
-Oczywiście - odpowiedziałam żywo.
- Strasznie chcę do Hufflepuffu! - wypalił.
- Świetnie. Mam nadzieję, że tam trafisz.
- Dzięki, a właściwie to co czytasz...czy to nie "Żongler"?
- A tak, to on. Chcesz ze mną poczytać?
- No jasne, że tak. - Usiadłam koło niego i pogrążyliśmy się w lekturze, co chwila śmiejąc się głośno.
-Co się tak drzecie? -zapytał z ciekawością Mich (dopiero teraz zauważyłam, że stoi w drzwiach naszego  przedziału) - Przebierzcie się, bo zaraz Hogsmeade! - krzyknął i zatrzasnął drzwi.
Zrobiliśmy to co nam kazał i czekaliśmy na przystanek. Po pięciu minutach pociąg się zatrzymał. Zabrałam swego Żonglera i wyszliśmy z przedziału. Wszędzie był wielki tłok. Prześlizgnęliśmy się przy ścianie do schodów. (Myrtha niby przez przypadek nadepnęła na moją nogę) Kiedy wyszliśmy z pociągu naszym oczom ukazała się wielka sylwetka,  siwiejąca broda i dobiegający z jej gardła krzyk "Pirszoroczni, do mnie!" Spojrzeliśmy w górę i naszym oczom ukazał się..
-Profesor Rubeus Hagrid!!! - krzyknęłam.
-Nu, jaki tam zaraz profesor. Wy dwójka, mówcie na mnie po prostu Hagrid! - uśmiechnął się- O
Wielkie Nieba! Czy to Pansy Parkinson? -zapytał wystraszony Hagrid.
- Och, nie, ale jej córka Myrtha. Dała mi już popalić. - odpowiedział Victor.
- Jak jej matka... - mruknął cicho Hagrid. - No nic, pirszoroczni, do łódek! - I wzkazał nam kilkanaście łódek do których mieliśmy wejść po czworo. Ja z Victorem, pewną dziewczyną o nazwisku Arvena Minestrait i chłopcem Lucas'em Limeal'em.
Kiedy już odbiliśmy się od brzegu, wyrwało mi się:
-To najpiękniejszy widok, jaki w życiu widziałam! -Victor tylko się uśmiechnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz